Włóczęgi leśne i uczenie bez karcenia

Wbrew opinii niektórych moich znajomych mam konie nie tylko do głaskania i regularnego czyszczenia swojego konta w banku 😉 Wiecie jak jest 😉
Zdarza mi się na nich jeździć. Ostatnio dość regularnie. W mojej i ich jeździeckiej relacji jest to najszczęśliwszy okres. Wyleczyłam się z ujeżdżeniowych ambicji i wreszcie mamy czas włóczyć się po lasach.
I myślę, że od tego trzeba było zacząć… Cała nasza wspólna droga powinna zacząć się właśnie w lesie.

Spędziłam dziś nieco więcej czasu w stajni niż zwykle. Taki luksus.
Na jednym z chłopaków pojechałam w teren a drugiego wzięłam tym razem w ręku na łąkę (bo w nowej stajni nie mamy ujeżdżalni).
Miałam czas poobserwować i pomyśleć bo mimo tego, że nie “pracujemy” to ja nadal chcę żeby ruszali się w rozluźnieniu według wykładni klasycznej szkoły jazdy. Dla zdrówka 🙂

Są różni ci moi chłopcy. 

Dla Chila “zamknięcie” w czterech ścianach ujeżdżalni i wykonywanie niezliczonych powtórzeń, najlepiej zawsze w tym samym miejscu placu równa się poczuciu stałości i bezpieczeństwa. To samo daje mu cienka, luźna linka przypięta do kantarka. 
Dużo czasu zajmuje mu oswojenie się z nowa przestrzenią. Na wyjazdach wszystko go rozprasza i potrzebuje dużo czasu i obecności znajomego konia by odnaleźć spokój.
Otwarta przestrzeń łąki jest sporym utrudnieniem gdybyśmy chcieli pojeździć bardziej ujeżdżeniowo. Dałam sobie spokój. Natury konia nie zmienię a w lesie też mamy co nieco do roboty. 
Uczenie go to duża przyjemność bo jest koniem bardzo kontaktowym i myślącym, ale w warunkach, które nie podnoszą mu adrenaliny. Za to o skoki adrenaliny u niego łatwo… także tego 🙂 
Na ten przykład galop leśną drogą to jest coś co podnosi jej poziom dość mocno. Problem jest do rozwiązania dlatego też wzięło mnie na myślenie o tym jak różnie uczą się moje konie i co w tym procesie uczenia jest dla nich “pozytywnym wzmacniaczem”. Jakie narzędzia mogę wykorzystać żeby ogarnąć ten galop? 
No nie jest to jedzenie 😉 

Dla jednego to wyciszenie i poczucie bezpieczeństwa a dla drugiego frajda i zabawa. No trudniej się nie dało. 

Chilek im częściej coś robi tym lepiej rozumie, tym jest spokojniejszy, luźniejszy i bardziej chętny do kolejnych powtórzeń. Człowiek zdąży się pięć razy znudzić a on dalej! Bo on teraz jest w tym świetny! On chce bo zna. Czasem trzeba spokojnie powtórzyć mu kilka razy zanim “kliknie”, ale wywieranie presji i próby przyśpieszania czegokolwiek to znowu skok adrenalinki więc rozwiązania siłowe można z miejsca sobie odpuścić. 
To typ konia, który aż puchnie z dumy gdy coś zrozumie. Słowo ZROZUMIEĆ ma tu kluczowe znaczenie. Zrozumieć można coś raz na całe życie. Zrozumiane działa zawsze. Z zakutym (zasada ZZZ dla koni działa jak dla ludzi, czyżby?) różnie bywa. 
Za to wszelkie nowości czy zmiany trzeba mu wprowadzać powoli i bardzo stopniowo bo co nowe to złe! Na nowości patrzymy z nieufnością i w napięciu. Zwłaszcza gdy wchodzą gwałtownie. 

Ja o tym galopie chciałam. Dobrze żeby mi nie uciekło. 

Tymczasem Pegaz zamknięty w 4 ścianach ujeżdżalni nudzi się jak mops. Dla niego wejście na plac (ujeżdżalnia czy łąka to w tym wypadku nie ma wielkiego znaczenia) celem wykonania “pracy ujeżdżeniowej” jest jak dla małego dziecka konieczność spędzenia godziny w sali lekcyjnej podczas gdy za oknem słychać odgłosy zabawy dobiegające z boiska. Nuda. Gdy jest nudno myśli nam krążą w przyjemniejszych rejonach i zadania z matmy nie wchodzą, no! I tu jest tak samo. Pegaz zaczyna nudzić się ekspresowo. Wymyśla i cuduje byle tylko się rozerwać. Dla człowieka to bywa mocno frustrujące. Rozwydrzony gówniarz, można powiedzieć. Bawi się czym się da. Wszystko trzeb wziąć do pyska albo grzebnąć w tym kopytkiem. 
Można tupać nogami. Krzyczeć i prosić. Nie ma sposobu by skłonić go do zrobienia czegokolwiek po ludzkiej myśli, kiedy się nudzi. Chyba, że poprzez duży nacisk i silną presję. Te z kolei budzą jego niechęć i agresję…
Nie zapamiętał nic z tego czego kiedykolwiek próbowałam uczyć “na siłę”. Za to wszystkie rzeczy, których uczyłam wykorzystując jego dobry nastrój i pozwalając na figle, zna na wyrywki. Także te, których nauczył się przypadkiem małpując 🙂 
Ale mądre rzeczy też. Chody boczne na przykład zawsze były jego “konikiem”. Lubi je i już. Takie śmieszne przekładanki 😉 
Potrafił mnie nimi zaskoczyć gdy wsiadałam po raz pierwszy po roku przerwy. Bardzo był z siebie zadowolony. 

Nie maltretuję koni jeżdżeniem w kółko po łące. Jeżdżę w las. 
Bywa trochę kamieniście, ale znalazłam drogę, która jest doskonała do galopowania. Stosunkowo długa i szeroka. Lekko wije się pomiędzy drzewami. Miejscami piaszczysta a gdzie indziej porośnięta mchem i trawą. Według moich danych raczej nieuczęszczana. Kończy się w miejscu, w którym koniecznie trzeba przejść do stępa, ale nie jest to dla konia takie oczywiste. Brak widocznej bariery, która by sprawę ułatwiła. Wprost przeciwnie. On by chciał lecieć dalej nie zdając sobie sprawy z możliwych konsekwencji. I tu mamy problem. 
Po pierwszym zagalopowaniu (mówię o Chilku bo Pegaza problem nie dotyczy) mogę zapomnieć o tym by wrócić sobie do stajni spokojnym kłusem. Para dobywa się przez gwizdek. Adrenalina kipi. Dym bucha z uszu… taka sytuacja. I teraz jak? 
“Prr!” działa bezbłędnie powodując przejście do niższego chodu, ale nie tym razem. 
Na łące. Na lince. Na ujeżdżalni. Na wolności. Nie ma problemu. Kiedy nie ma stresu, mówisz “Prrr” albo “Whooo” i jest STOP. A w lesie nie działa. Żeby być dokładnym. On nie ponosi w dosłownym tego znaczeniu. Ja się czuje bezpiecznie. Można skręcić. Można zwolnić. Można przejść do kłusa. Więc co mi w tym przeszkadza? To że po takim galopie mogę już jechać wyłącznie galopem. Kłus właściwie odpada chyba, że ktoś lubi turbulencje. Stęp na długiej wodzy jest ok chociaż trochę szybko. Na kontakcie to raczej caplowanie. I rżenie…
Jest koniem bardzo posłusznym i jezdnym, ale pod siodłem czuć jak się gotuje i spala. A ja chciałabym żeby kontrolowany galop stał się tym czym koń lubi się chwalić a nie nowością (!!), przed którą trzeba uciekać. Mimo, że ma się już 10 lat i do prawdy to nie są jego pierwsze galopy. 

I wymyśliłam sobie, że potrzebuję dużo miejsca żeby ten galop oswoić. Potrzeba mi długiej bezpiecznej drogi (ach gdyby tak tor do galopu…), po której on sobie będzie biegł jednostajnym równym tempem a ja w tym czasie – no nie wiem- będę sobie patrzyła w korony drzew czy piłowała paznokcie 😛 A on tak będzie leciał aż w końcu dwie właściwe komórki mózgowe rozjarzą się i pomyśli: “halo halo, a po co ja tak biegnę?”. 

Podzieliłam się ta myślą ze znajomym jeźdźcem, który spojrzawszy na mnie jak na kompletnie szaloną wariatkę skwitował, że jego zdaniem to nie skończy się dobrze jak ja mu tak będę na wszystko pozwalać. Takie zachowania trzeba kończyć krótko! Konia nie rozpuszczać! 
Dodam, że znajomy to “naturals”. 
To mnie tak trochę oburzyło a trochę zasmuciło. Jak zwykle. 
Do czego prowadzi takie myślenie i jak wielu jeźdźców jest zdania, że koniowi nie wolno pozwalać na tak wiele rzeczy… Bo? Jeździec musi być w 100% “partnerem dominującym”. Bo jak koniowi dasz palec to pozamiatane. 

A przecież tu chodzi o emocje. Dzięki bogom, że konie je mają. To czyni współpracę i komunikację z nimi czymś niepowtarzalnym. Chodzi o myślenie. Samodzielność i umiejętność podejmowania decyzji, której tak wielu jeźdźców się boi i tępi tą u koni. A ona przecież jest czymś co może działać bardzo na naszą korzyść jeśli tylko mamy w koniu partnera a nie niewolnika. 
Niewolnika bałabym się puścić luzem. Z partnerem, chętnie pogadam o tym galopie. 

 

Wracając do tematu, jak miałabym poradzić sobie karcąc go za galop, który ewidentnie go stresuje. Czy krzyk komukolwiek pozwolił przestać się bać?
Ja bym chciała ten galop oswoić. Tak jak kłus, który kiedyś był dla Chila chodem, w którym należało się (za przeproszeniem, ale nie ma w tym przesady) obsrać ze stresu i po 10 minutach jazdy być spienionym od uszu do ogona, sztywnym i dalej pędzić. Tak się zachowywał koń sześcioletni, zajeżdżony “profesjonalnie”. Dało się na nim dojechać wszędzie pod warunkiem umiejętnego trzymania za pysk. 
On tego trzymania za pysk się tak bardzo bał i boi się nadal. Nie bez znaczenia jest uraz tchawicy (nikt nie wie jak nabyty), który powoduje, że przy mocno skróconej szyi Achilles odczuwa bardzo duży dyskomfort. Należałoby zwrócić na to uwagę a nie przekonywać konia do jazdy w wysokim ustawieniu. Ech ludzie… 

Spędziliśmy bardzo dużo czasu żeby nauczyć go używania ciała i poruszania się w równowadze bez podpórki w postaci ręki. To jest tak strasznie ważne żeby młode konie zajeżdżać prawidłowo. W długich ramach. Na długiej wodzy. Pozwolić im ruszać ciałem i stopniowo w swoim tempie odnajdywać balans. Nie zamykać ich w pomocach od pierwszego wsiadania. To im później zostaje na całe życie. 

Tu nie chodzi o to, że on nie umie przejść. Ani tez nie chodzi o “niewybieganie” bo wraz ze stadem żyje luzem na kilkunastu hektarach otwartej przestrzeni i ma gdzie rozprostować nogi. Jestem przekonana, że ten galop to jest w dalszym ciągu pokłosie zajazdki i jego oczekiwanie na to aż złapię go za pysk. 

Także rozpoczynam poszukiwania drogi na tyle długiej by mój koń przekonał się, że go nie złapię i żeby w końcu poczuł się w galopie pewnie i swobodnie. 

I mam szczerą nadzieję, że nie wyleci mi na nią pies, rowerzysta, dzik czy inny leśny spacerowicz bo będzie śmiesznie 🙂